X
23.05.13

piana-party-bikini-contest-rozpoczecie-sezonuPIANA PARTY & Bikini Contest – Rozpoczecie sezonu! 1000000 litrów piany!
Wstęp – 10 PLN +16

23.05.13

eufor25.05.2013 (sobota)
Sala Electro
Djs Meeting
Teho
Peros
Mensi
& rezydenci

Sala Dance
Gordon & friends…

Start 21:00

Ciąg dalszy majowej promocji
do godziny 22:00 wszyscy wstęp FREE

po godzinie 22:00
wstęp 10zł
panie wstęp FREE

23.05.13

Czy się to komuś podoba czy nie – Tiesto, jeśliby nie liczyć Davida Guetty, jest w tej chwili najpopularniejszym didżejem na świecie. Na największym portalu społecznościowym zwanym Facebookiem, wokół którego w tej chwili kręci się cały muzyczny i nie tylko szołbiznes, ma w tym momencie prawie 15 milionów fanów (!).

Jeszcze kilka lat temu także wśród użytkowników FTB był największym didżejem świata. W kwietniu 2007 zapełnił Halę Stulecia we Wrocławiu w ramach trasy „Elements of Life”, we wrześniu 2008 zapełnił stadion Lecha w Poznaniu na imprezie „Stadium of Sound”…

Czy dzisiaj, w roku 2013, również by mu się to udało?

Jak wiadomo Tiesto zmienił styl muzyczny, dzięki czemu pokochali go najmłodsi fani muzyki tanecznej w USA (i nie tylko), z kolei u nas z tego powodu w wielu kręgach przestano go szanować. Zwłaszcza w kręgach stricte trancowych, które na pewno nie polubią dźwięków z najnowszej kompilacji Tijsa.

Sztokholmska edycja „Club Life” powinna jednak ich zainteresować jako zjawisko. To wyjątkowo spory zbiór ostatnich prac Tiesto – głównie jego kolaboracji z innymi artystami, ale też remiksów. Łącznie na 15 tracków znajdziecie tu aż 11, w których maczał palce Tiesto. Nie wszystkim można już posłuchać, na dokładnie trzy trzeba jeszcze poczekać, jeden odsłuchać można tylko w słabej jakości.

Tak czy inaczej dla mniejszego lub większego (a nawet byłego?) fana Tiesto to spora atrakcja i pewien substytut ewentualnego albumu autorskiego.  

sztokholmClub Life – Vol. 3 Stockholm Tracklist:

01. Tiësto & Dyro – Paradise
02. Tiësto ft. Kyler England – Take Me
03. Baggi Begovic ft. Tab – Compromise
04. Hardwell ft. Amba Shephed – Apollo (Hardwell’s Club Life Edit)
05. Tiësto, Mark Alston, Baggi Begovic & Jason Taylor – Love and Run ft. Teddy Geiger
06. Zedd ft. Foxes – Clarity (Tiësto Remix)
07. Calvin Harris ft. Florence Welch – Sweet Nothing (Tiësto and Ken Loi Re Remix)
08. Icona Pop – I Love It (Tiësto’s Club Life Remix)
09. Passion Pit- Carried Away (Tiësto Remix)
10. Moguai- Champ
11. Alesso vs. One Republic- If I Lose Myself
12. Pelari – Cango
13. Tiësto & Calvin Harris- Century (Tiësto & Moska Remix)
14. Tiësto & DJ Punish – Shocker
15. Tiësto & MOTi – Back To The Acid
16. Tiësto, Quintino Alvaro- United (Tiësto & Blasterjaxx Remix)

23.05.13

dyskoW ostatnich dniach furorę w Internecie (wśród osób zainteresowanych tematem, oczywiście) robi kolejny artykuł o tym, że „clubbing umarł”. Który to już raz? Poniżej znajdziecie kilka cytatów z tekstu opublikowanego przez portal natemat.pl, które nawiasem pisząc całkiem nieźle opisują dzisiejszą rzeczywistość, tylko że… Czy wszystkie te zdania nie byłyby tak samo aktualne 2, 4 czy 6 lat temu?

Mr Root: 

„Clubbing umarł i mamy teraz dyskoteking. DJ-e muszą bardzo mocno walczyć z materią klubowiczów, ich nowymi przyzwyczajeniami muzycznymi. Obecnie trzeba przemycać dobrą muzykę pomiędzy znanymi numerami w nadziei, że „zażre”, gdyż czasy chęci odkrywania nowej muzyki i potrzeby bycia zaskoczonym przez DJa dawno minęły”.

MaL:

„Większość organizatorów imprez, na które zapraszane są zagraniczne gwiazdy szeroko rozumianej “ambitniejszej” elektroniki, dokłada do interesu. – Ludzie przestali “chodzić na muzykę” – ocenia. Jego zdaniem dwa czy trzy warszawskie kluby, które starają się trzymać poziom, co tydzień walczą o gości, w wyniku czego impreza z 300-500 osobami na parkiecie to już sukces. – W dwumilionowym stołecznym mieście to paranoja”.

„Do klubów mało kto przychodzi dla muzyki. Ludzie chcą się tylko nawalić albo kogoś poderwać. Muzyka stała się dodatkiem, tłem. Dlatego w stolicy rządzą dyskoteki, w których bardziej chodzi o alkohol i lans”.

„Jest jeszcze taka generalna polska niechęć do tańczenia, którą widać, kiedy pojedziesz np. do Barcelony czy Berlina. Tam ludzie potrafią bawić się w biały dzień. W Polsce jest to możliwe dopiero po ciemku i gdy wszyscy już się napiją”.

KoE: 

„Kluby uznawane za najbardziej prestiżowe tak naprawdę funkcjonują jako ekskluzywne dyskoteki, w których lecą szlagiery z radia. Didżeje muszą grać znane kawałki, bo tego domagają się imprezowicze”.

„Kiedyś DJ był bogiem, bo puszczał nieznane, zagraniczne kawałki. – Spędzał godziny na wyszukiwaniu ciekawych winyli i decydował co ma grać nie bojąc się, że to, co puszcza jest za mało znane – mówi Koe. Jest zrozumiałe, że w erze Spotify’a i YouTube’a, gdy utwory z całego świata są w zasięgu ręki każdego z nas, wiele się zmieniło”

„Publiczność w „hipsterskich” lokalach, która na swoje facebookowe walle codziennie wrzuca nudne, przeintelektualizowane utwory, gdy już popije, i tak najlepiej bawi się przy Rihannie”.

Więcej w tekście: http://natemat.pl/61711,clubbing-umarl-niech-zyje-dyskoteking-do-klubow-malo-kto-przychodzi-dla-muzyki-ludzie-chca-sie-tylko-nawalic

party7Z powyższych opinii wynika wyraźny podział na clubbing i dyskoteking, gdzie clubbing to imprezy z ambitniejszymi klimatami, a dyskoteking to imprezy polegające na graniu szlagierów z radia. Zapomina się tu o trzecim rodzaju imprez – nazwijmy go „nieradiowym dyskotekingiem”, którego to być może paradoksalnie najbardziej dotyczą problemy opisane w tekście (i z powodu którego pominięcia pojawia się wiele nieporozumień). 

Kiedyś w większych klubach (big room clubs?), usytuowanych raczej poza centrami dużych miast, grano „nieradiowe, energetyczne sztosy” z takich gatunków, jak house, trance, electro-house, później dutch house czy jeszcze później big room. No dobra, wcześniej wspomnieć jeszcze trzeba o ‚pompkach i rurkach’ – nadal jednak mówimy o czymś „nieradiowym”.

W tej chwili to właśnie w tych miejscach najmocniej się pozmieniało – poza imprezami w rodzaju „Retro Time In Attack” czy innych „Oldschool Party”, gdzie przypomina się klubowe hity sprzed lat pięciu czy dziesięciu, zaczyna tam królować muzyka radiowa, czyli tak naprawdę zaczynają się upodabniać muzycznie do zwykłego dyskotekingu (a co za tym idzie coraz bliżej im do typowej studenckiej dyskoteki na Starym Rynku w Poznaniu czy na Starówce w Warszawie).
Dlaczego właściciele tych miejsc nie pozwalają DJ-om na granie „nieradiowych sztosów”? Tutaj dochodzimy dopiero do jednej z głównych tez artykułu, że „ludzie przestali do klubów przychodzić dla muzyki”. 

Jednak w typowym, radiowym dyskotekingu nigdy tak nie było – nie licząc tych, którzy przychodzą dla hitów radiowych właśnie. W świecie clubbingu z kolei zawsze przychodzono na imprezy zarówno dla muzyki, jak i dla lansu i to się raczej nie zmienia (ewentualnie lansu jest dziś ciut więcej niż kiedyś).

Tymczasem w miejscach, w których dziś rządzą – ale tylko od święta – imprezy w rodzaju „Retro Time In Attack”, kiedyś całkiem spory procent klubowiczów przychodził tam dla muzy. Teraz to zaniknęło i bywalcy zaczęli domagać się hitów z radia. Zresztą, inwazja retro gwiazd trwa akurat w tym momencie w najlepsze – w Ekwadorze właśnie grał Johan Gielen, do klubów Heaven zapraszani są 4 Strings, Marc Van Linden czy Peran Van Dijk, ale to za chwilę się pewnie skończy, to przecież imprezy dla ‚starszych’.

Gdy moda na retro w dużych klubach faktycznie już wygaśnie, „radiowe dyskoteki” będą już wszędzie, poza oczywiście małymi, ambitnymi klubami w dużych miastach. Fajnie by było, żeby wtedy w tych miejscach ruszyło się z frekwencjami, żeby ciekawe kluby nie były jeden po drugim zamykane. Co jednak, jeśli okaże się, że kolega KoE ma rację mówiąc, że „publiczność w „hipsterskich” lokalach, która na swoje facebookowe walle codziennie wrzuca nudne, przeintelektualizowane utwory, gdy już popije, i tak najlepiej bawi się przy Rihannie”? Czy niszowe kluby też nam zanikną i – podobnie jak na ciekawe festiwale – na clubbing będziemy musieli jeździć za granicę?

23.05.13

conjure one feat. leigh nash - under the gun (front)Przez lata związany z kanadyjską wytwórnią Nettwerk, pod szyldem której ukazywały się wszystkie pozycje z katalogu Conjure One. Od 2013 roku nowym domem wydawniczym słynnego projektu downtempo jest Armada Music.

Pochodzący z Vancouver kanadyjski kompozytor i producent Nowell Rhys Fulber to postać odpowiedzialna m.in. za takie projekty jak Front Line Assembly i Delerium. Pod nazwą Conjure One wydaje swoje solowe kompozycje we współpracy ze znanymi wokalistami z całego świata. Jego klimatyczne łączenie elektroniki, ambientu, trip-hopu i popu zyskało wielu odbiorców, czego dowodem są trzy autorskie albumy „Conjure One”, „Extraordinary Ways” oraz „Exilarch”, które łącznie osiągnęły sprzedaż w setkach tysięcy egzemplarzy. W swojej bogatej karierze muzycznej Kanadyjczyk współpracował ze znanymi nazwiskami, wśród których m.in. Sinéad O’Connor, Sara Brightman czy Jeff Martin. W 2007 roku za sprawą niemieckiej gwiazdy pop Sandry Cretu powstał cover do utworu „Sleep” z pierwszego albumu „Conjure One”.

Obecnie Conjure One jest jednym z najpopularniejszych projektów z muzyką downtempo/chillout obok takich legend jak AIR czy Bonobo. W 2013 roku pod skrzydłami nowego wydawcy, holenderskiej wytwórni Armada Music ukaże się czwarty autorski album Rhysa Fulbera. Pierwszym singlem zapowiadającym to wydawnictwo jest „Under The Gun” z gościnnym udziałem amerykańskiej wokalistki Leigh Nash.

Więcej informacji na www.prologicmusic.pl oraz na www.facebook.com/prologicmusicpl

23.05.13

daftPrzy okazji nowego albumu Daft Punk często mówi się o przesadnie napompowanym balonie promocyjnym. Trudno z tym polemizować, ale z drugiej strony ten monumentalny marketing jest tu całkiem na miejscu – bo „Random Access Memories” to monumentalny album. Niestety niekoniecznie w pozytywnym sensie. Co ciekawe – w sensie, którego chyba nikt się nie spodziewał. Nawet słuchając „Get Lucky”.

Bo po „Get Lucky” i udziale Nile’a Rodgersa można było oczekiwać disco-funkowej bomby, nowego zmartwychwstania „żywego” disco. Mamy przecież na to idealny moment po tym, jak disco klimaty wróciły do tanecznego undergroundu kilka lat temu pod postacią nu disco, indie dance’u czy jak kto woli nazywać nowoczesne numery zawierające sample i feeling z tamtych czasów. Tymczaem dwa utwory z Pharrelem Williamsem to za mało, żeby mówić o płycie funkowej. Co więcej – to wcale nie jest płyta z muzyką taneczną, tak więc wybaczcie recenzję w „serwisie społeczności imprezowej”.

Może w takim razie uda się chociaż ten album zakwalifikować do działu z „ciekawą elektroniką do słuchania”? Też niekoniecznie, bo elektroniki tu jest jak na lekarstwo. „Random Access Memories” to płyta nagrana przez żywy zespół, i to w dodatku zespół …soft rockowy, z małymi wyjątkami grający równo, mało ciekawie, bez eksperymentów zarówno rytmicznych, jak i melodycznych. Nie licząc kilku fragmentów, kiedy funkowa gitara Rodgersa zbacza na bardziej bujające tory. O tym, że to dzieło Daft Punk przypominają nam w zasadzie tylko charakterystyczne, przepuszczone przez efekt „robocie” wokalizy. Ale one też pojawiają się tylko czasem!

Daft Punk na pewno chcieli wykonać to, o czym śpiewają w pierwszym kawałku „Give Back Life To Music” – nagrać album z prawdziwego zdarzenia, z krwi i kości, w starym stylu. Prawdziwy koncept album, z ‚prawdziwą’ muzyką. Wykonywaną przez ‚prawdziwy zespół’, graną przez ‚prawdziwe instrumenty.. Ewidentnie przy tym nawiązującą do tego, co działo się na świecie 30 lat temu.

I do tego dojrzałą, dorosłą. Wydaje się jednak, że w tej oldschoolowości i dorosłości się panowie zagalopowali. I to grubo! Gdybym nie wiedział, kto gra, strzeliłbym, że to album co najmniej 50-latków. Najciekawsze (najgorsze?) jest jednak to, że w większości sięgnęli po klimaty, których nowoczesna muzyka elektroniczna jest wręcz przeciwieństwem! Jakby panowie przedefiniowali sobie słowa „progresywność” i „kreatywność”. Zrezygnowali z szukania nowych brzmień i nowych rozwiązań formalnych (czy to rytmicznych, czy melodycznych, czy dotyczących struktury utworów) na rzecz ewidentnej nostalgii za tak zwaną progresywnością w popie czy rocku, ale rozumianą tak, jakby czas stanął miejscu gdzieś w roku 1985.

Przyznam się bez bicia, że kilka razy podczas słuchania tej płyty byłem dosłownie w szoku. To jeden wielki, odgrzewany kotlet. Retro, owszem, jest dziś w modzie i jest wszędzie dookoła nas, ale to w większości przypadków jest retro z przysłowiową myszką. 

Bardzo często zahaczające o soft rock, pastelowe popowe granie z pierwszej połowy lat 80., o soundtracki do obyczajowych filmów z tamtych lat albo o – sic! – balladowe hity Toto czy – nie wiem – melancholijną odsłonę The Eagles? Przecież „beat” do „Instant Crush” brzmi prawie jak ten do „Every Breath You Take” Stinga i The Police. Gdy zaczyna się „Fragments of Time”, przez chwilę można pomyśleć, że to jakiś stary numer Krystyny Prońko czy Andrzeja Zauchy. Tak grali muzycy sesyjni w pierwszej połowie lat 80., na większości singli topowych, popowo-rockowych wykonawców, również w Polsce.

Może Daft Punk wyczuli, że za chwilę takie pretensjonalne odwoływanie się do soft-rockowych wzorców będzie w modzie (właściwie czytając niektóre blogi młodych ekspertów muzycznych można pomyśleć, że ta moda już prawie nastała). A może po latach bycia ikonami elektronicznej muzyki tanecznej postanowili obrócić się przeciwko własnemu gniazdu? Czyżby zamiast na tanecznych eventach woleli dziś grać na festiwalach rockowych dinozaurów w rodzaju wspomnianych wcześniej Toto? Pewnie woleliby występować na jazz-rockowych, ale jedna szalona końcówka „Giorgio By Moroder” i zamykający całość „Contact” może tu nie wystarczyć.

Jednym słowem – szok. Trzema słowami – nostalgiczny pop-rock, z elementami funku. Zbyt rzadkimi, jednak. Szkoda, że disco i funku nie ma tu więcej, tanecznych wibracji jest tu przez to niestety niewiele. 

Dużo tu, owszem, muzyki w muzyce, jest czego słuchać, tylko że to wszystko brzmi, jakby było nagrane przez całkiem kogoś innego, z gościnnym udziałem Daft Punk w paru trackach. Dziwna płyta, ze strony samych artystów będąca posunięciem bardzo ryzykownym, bo ewidentnie uderzają do zupełnie innej publiczności, niż wcześniej. Bardziej to album dla naszych rodziców, niż dla nas. Posłuchać, choćby z ciekawości, na pewno warto, ale wątpię czy miłośnik nowoczesnej muzyki tanecznej włączy ten album drugi raz.

23.05.13

angelloSteve Angello kilka dni temu opublikował na swoim profilu społecznościowym garść przemyśleń o sytuacji artystów i fanów w dzisiejszych, społecznościowych właśnie, czasach.

„Dziwię się bardzo, jak niewiele się w ostatnich latach zmieniło. Analizując to na bieżąco doszedłem do wniosku, że za tę stagnację odpowiadają nie artyści, a „fani”. Gdy artysta próbuje czegoś innego, zwykle zostaje zjechany w mediach społecznościowych i w prasie, a przy okazji warto pamiętać, że to ci sami ludzie, którzy mówią mu, żeby się zmieniał (…).

Oczekuje się od artysty, że będzie szedł do przodu, ale jednocześnie jego nowe rzeczy nie mają zbyt różnić się od poprzednich. Ludzie zapominają, jak trudno jest zadowolić każdego i jak trudno jest stworzyć coś, co każdy polubi. Gromiąc artystów powodujecie, że oni boją się zrobić kolejny krok, wyjść ze swojej „komfortowej strefy”. Jeśli więc chcecie, żeby się zmieniali, nie wymagajcie jednocześnie, żeby byli tacy, jak wcześniej.

Najważniejszym powodem takiego stanu rzeczy – tego, że tak niewiele się zmienia i artyści się nie rozwijają jest fakt, że ugrzęźli oni w tym wszystkim, co mówi do nich świat i boją się zmieniać. Wszystko jest teraz jawne, twórcy są połączeni ze światem zewnętrznym jak nigdy. Wimy dokładnie, co myślą o nas nasi fani i inni ludzie, co daje nam mało przestrzeni do działania. Kiedyś artysta zamykał się w studiu na dłuższy czas i odłączał się od świata, dzięki czemu miał wolność tworzenia.

Jeśli zmienicie się jako artyści, ale nadal pozostaniecie kreatywni, twoi prawdziwi fani będą cię wspierać bez względu na wszystko! Twoi prawdziwi fani lubią twój muzyczny gust i uwielbiają cię takim, jakim jesteś. A więc nie bójcie się wyrażać sami siebie, nie bójcie się wychodzenie z „komfortowej strefy”. To właśnie ci prawdziwi fani są tymi, na których powinno ci zależeć, a nie na pozostałych”.

23.05.13

inoxxDoskonale Wam znany, wieloletni bywalec czołówki rankingu polskich DJ-ów FTB.pl, czyli DJ Inox prezentuje swój nowy numer „Edge”. Tym razem jest dużo bardziej energetycznie, niż w przypadku poprzedniej propozycji.

Nie licząc nieoficjalnego remiksu do „Advanced” Marcela Woodsa, produkcyjny debiut Inoxa nastąpił w drugiej połowie poprzedniego roku – pisaliśmy o nim dokładnie 11 września 2012. Wtedy mieliśmy do czynienia z numerem stosunkowo delikatnym, lekkim i przyjemnym w odbiorze, w którym pojawił się charakterystyczny wokal Nicka Sincklera. „I Like You”

Inox od zawsze w swoich setach mieszał ze sobą różne odmiany muzyki house – od bardziej funkowych po mocne, eventowe uderzenie. Najnowszy numer reprezentuje właśnie tę drugą opcję, tym razem mamy do czynienia z instrumentalnym, mocno dynamicznym bangerem, który zresztą od jakiegoś czasu doskonale się sprawdza na wszystkich parkietach, które odwiedza ze swoimi setami DJ Inox. Wśród fanów tego kawałka znajdują się też na pewno ci wszyscy, którzy regularnie odwiedzają zielonogórski klub X-Demon, gdzie Inox jest rezydentem i gdzie „Edge” jest jednym z najcieplej przyjmowanych tracków.

 

Strona 1 z 1312345...10...Ostatnia »

Polecamy

Wyszukaj

Szukaj na na NuSioLeK.eu

Posłuchaj

Polecamy

Wszelkie prawa zastrzeżone Nusiolek.eu / CrazyColors.pl
© 2013

stat4u
Właściciel NUSIOLEK.eu nie ponosi odpowiedzi za treści wypowiedzi zamieszczanych przez użytkowników serwisu NUSIOLEK.eu. Osoby zamieszczające wypowiedzi
naruszające prawo lub prawem chronione dobra osób trzecich mogą ponieść z tego tytułu odpowiedzialność karną lub cywilną.
Realizacja: CrazyColors.pl & Pingwin